ScrollToTop

Mama

A ty znowu nic nie zrobiłaś? Czyli typowy dzień z życia matki.

  • Joanna Janaszek
  • 3 912
  • 5 komentarzy

Plask! Budzi mnie stopa zarzucona na twarz – dlaczego zawsze nogi lądują na mojej twarzy, a głowę układa obok niego? – zastanawiam się. Próbuję wyswobodzić się spod tej stopy, żeby nie obudzić dziecka i sięgając po telefon łapię kontakt wzrokowy z młodszą. – Ohoo pewnie jest gdzieś koło 6:00, ona zawsze budzi się o tej godzinie na cycka – myślę. Patrzę na telefon, wskazuje 5:44 – dobrze jeszcze trochę snu przed nami. Wciągam młodszą na łóżko, zmieniam pieluchę i po raz kolejny cieszę się, że przesypia całe noce.

Mam ochotę odtańczyć taniec radości, ale przecież wtedy się rozbudzę. Poprawiam poduszkę, przesuwam starszą bliżej taty, młodszą przyciągam do siebie, otaczam ramieniem i zaczynam karmić. Odpływamy obie w zasadzie od razu po przystawieniu, podobno dzwonił  budzik nastawiony, żebym wcześniej wstała, ale znowu mnie nie obudził. Standard, budziki na mnie nie działają.

Budzimy się, przeważnie wszyscy razem, kiedy tata wychodzi z domu później, a Tośka nie chodzi do przedszkola, bo znowu jest chora. Starsza leci do pokoju zgarnąć swoje zabawki, więc szybko zmieniam pieluchę młodszej, biorę ją pod pachę i idziemy do łazienki. Zrzucam przewijak stopą na ziemię i kładę na nim dziecko – jak kiedyś mogłam bez niego funkcjonować? w tym domu jest niezastąpiony – powtarzam sobie to za każdym razem, kiedy musimy iść razem do łazienki. A chodzimy często, kąpać się, myć zęby, korzystać z toalety… Myję zęby, nakładam krem na twarz, ostatnio znowu się nie smaruję, przestałam się szczotkować – muszę do tego wrócić – rzucam w myśli oglądając swój tyłek w lustrze. Zakładam majtki i zarzucam na siebie domową kieckę. Schodzimy na dół, znowu zrobiłam przy sobie absolutne minimum.

– Co jemy na śniadanie? – pytam. Odpowiada mi głucha cisza. Kładę młodszą na macie i powtarzam  – Co jemy na śniadanie? – nadal cisza. – Jajecznica, parówki, kaszka, Tosiu, na co masz ochotę? – pytam cierpliwie, ale czuję jak się we mnie gutuje. – Tosiu – powtarzam już podenerwowana. – Co chcesz zjeść na śniadanie? Jak mi nie odpowiesz sama zdecyduję – cedzę przez zęby – nic – odpowiada w końcu. – To nie jest odpowiedź – warczę

Wdech, wydech, wdech, wydech, wdech, wydech. Dobra, idę do kuchni. Wstawiam wodę, sięgam po cytrynę – nie ma! Znowu nie ma. Wyciągam kubek i szklankę ze zmywarki, do kubka wsypuję łyżeczkę rozpuszczalnej, a szklankę uzupełniam w 3/4 zimną wodą. Wracam do salonu, jak zwykle tata dogadał się lepiej – stanęło na jajecznicy. Idzie do kuchni pytając na co ja mam ochotę, mówię że też chcę jajecznicę. Zginęlibyśmy gdyby w naszym domu nie było mleka, jajek i bananów. I kawy, bez mojej rozpuszczalnej chyba bym nie przeżyła, jakoś przy dwójce zdecydowanie jej nadużywam.

Zalewam kawę, prawie pełny kubek wody – kiedyś piłam mleko z kawą, ale jak dowiedziałam się ile TO ma kalorii zmieniłam ten nawyk, szczególnie, że piję nawet trzy kawy dziennie. Dobra, wiem, kawa rozpuszczalna to nie kawa, chrzanię to – i tak w większości nie pozostało śladów po moich złych nawykach, rozpuszczalnej nie oddam. Dolewam gorącej wody do szklanki i wypijam duszkiem. – o jeżu, ciepła woda BEZ CYTRYNY to najgorsze co może być! Ale mój organizm domaga się tego porannego rytuału, codziennie piję wodę z cytryną, więc jak jej nie mam to wypijam bez. – Fuj! – wzdrygam się, ostatni łyk z trudem przechodzi mi przez gardło.

Myję najmniejszy garnek – dlaczego one zawsze są brudne? – zastanawiam się. Wlewam wodę, wsypuję kaszkę. Idę do łazienki i włączam suszarkę, bo przypominam sobie, że pralka skończyła nad ranem swój cykl. Wracam do kuchni. Odkąd zaczęliśmy rozszerzać dietę Frani codziennie zjada na śniadanie porcję kaszki, aż mi się wierzyć nie chce, że niespełna siedmiomiesięczne dziecko może mieć taki apetyt, jej siostra nie jadła tyle mając 1,5 roku… Idę do salonu, biorę młodszą na ręcę, mieszam kaszkę, odkładam młodszą na środek kuchni, wlewam kaszkę, idę zmienić pieluchę.

Zjadamy wspólne śniadanie i zostajemy we trzy. Leki! Znow bym zapomniała, dobrze że mąż powiesił tę kartkę na lodówce, zapisujemy na niej godziny, w których podawaliśmy leki, dzięki temu pamiętamy o kolejnej dawce i nie musimy głowić się czy któóreś z nas już dało tablketkę. No właśnie – poranna porcja podana przez tatę, uff chociaż to z głowy.

Idę po kawę, zapomniałam o niej, jak dobrze że lubię zimną. Wyciągam kuraka z zamrażarki, zapomniałam zrobić tego wczoraj, wrzucam do garnka niech się rozmrozi. Mam młode warzywa, zobię krupnik, jak ja uwielbiam krupnik! Gotuję zawsze na podstawie tego przepisu (KLIK), znowu muszę szukać, chyba nigdy go nie zapamiętam. Chociaż proporcje mam zgoła inne, zawsze wyszukuję, żeby się upewnić, że w dobrej kolejności wrzucam i o niczym nie zapominam.

Odpalam odkurzacz, mamy go dopiero od kilku dni, ale już widzę jak bardzo mi go brakowało. Mam czystą podłogę, a nie muszę odkurzać – jasna cholera, kocham cię, KOCHAM – krzyczę w myślach. Franka jęczy na macie, zaglądam do pieluszki – węch mnie nie mylił, kupa – idę zaprać pieluszkę, myję ręcę i zerknam na pikającą suszarkę, wyjmę później. Zbieram zabawki, wracam do kuchni po kawę – wypijam duszkiem i wstawiam wodę na kolejną, robię kanapkę z dżemem, coś słodkiego do kawy musi być, a słodyczy przecież nie jem, karmię i przeglądam telefon. Probuję uśpić jęczącą Frankę, ale trzy próby odłożenia kończą się fiaskiem, rozbudza się na amen. W międzyczasie Tosia chce bajkę, siku, wodę z miodem i o wszystko jęczy, nie mówi, nie prosi tylko jęczy – zaraz zwariuję!

Idziemy siku, nie ma wody – jasne, woda wcale nie jest mi potrzebna, nic, a nic – mamroczę pod nosem. Myjemy ręcę tym, co zostało w kranie – a dlaczego nie ma wody? – pyta Tosia, tym samym zaczynając dzisiaj pierwszą serię “dlaczego?” czyli kilkanaście pytań na minutę rzucanych do każdej mojej odpowiedzi. Wracamy do salonu, a ja dzielnie odpowiadam na kolejne “dlaczego”.

Idę do kuchni i odkrywam, że mamy powódź. Jak to?! Przecież pół godziny temu nie było wody! Chwytam za telefon – dobrze, że mąż jest jeszcze niedaleko – wzdycham patrząc na jezioro w kuchni. Prawdopodobnie brak wody spowodował uszkodzenie filtra od lodówki, dlatego zalało całą kuchnię. Super, jakbym mało miała roboty, muszę jeszcze ogarnąć tę powódź, z salonu dobiegają jęki – jedna chce bajkę, druga chyba ma mokrą pieluchę.

Tosia pokazuje mi jak skacze po kanapie, potyka się, spada na stolik i rozlewa dwie szklanki soku wiśniowego. Na szczęście nic jej się nie stało, ale mało nie dostałam zawału. Omiatam wzrokiem stolik i okolice – żadne ważne rzeczy nie są zalane, ze stoickim spokojem pytam się czy nic jej nie boli, mówię, że się wystraszyłam. Patrzy na mnie swoimi wielkimi oczami, zanim zdążę powiedzieć, żeby poszła po szmatki przypominam sobie, że w kuchni stoi woda, której nie miałam kiedy zetrzeć, wywali się przecież jak tam wejdzie. Idę więc sama, przy okazji rzucam dwie szmaty na podłogę. Daję Tosi szmatki, wyciera, później sprzątamy stolik. – Nie ma tego złego – myślę – stolik domagał się ogarnięcia już od wczoraj. Tłumaczę jej, że nawet jak dzieje się coś z pozoru złego można znaleźć tego dobre strony, po prostu wpajam jej pozytywne podejście od samego początku, chociaż dzisiaj sama mam ochotę walnąć się na kanapę i oglądać w telewizji jakieś głupoty, uśmiecham się.

Kiedy Franka próbuje wyrwać mi talerz z sałatką jarzynową od teściowej przypominam sobie, że jadła tylko śniadanie. Szlag, przecież to nie Tośka, która żyje powietrzem – Leki! Zapomniałabym o lekach – karcę się w myślach i idę do kuchni, zastnawiam się, co mogę jej dać i z wyrzutem sumienia wygrzebuję z szafki kolejny słoiczek. Ze zdenerwowaniem patrzę na napisz “po 4 miesiącu”, zastanawiam się czy kiedykolwiek to się zmieni, czy hajs zawsze będzie najważniejszy. Franka wyciąga rączki, piszczy, biorę plastikową łyżeczkę i daje jej do spróbowania, temperatura pokojowa – nie muszę podgrzewać. Próbuje i piszczy o więcej. Nakładam 1/3 porcji do miseczki i idę na kanapę do Tosi, która ogląda bajkę. Porcja z miseczki znika w ekspresowym tempie, wciąż nie mogę uwierzyć, że dziecko może być tak spragnione “normalnego jedzenia”.

Zostawiam dziewczyny w salonie, wracam do kuchni pokroić warzywa do zupy. Jak zawsze w takich chwilach mam najlepsze pomysły na teksty, które jak tylko siądę po całym dniu do komputera wyparowują niczym kamfora. Słowa płyną mi w głowie, układają się w jedną całość, dobrze wiem, że powinnam oderwać się od obiadu i zapisać je. Zapisuję na urwanej kartce i wrzucam do pliku, innych, wyrwanych karteczek i wyblakłych rachunków zapisanych luźnymi myślami, których od dłuższego czasu nawet nie przejrzałam. Leżą tam moje najlepsze teksty, najlepsze pomysły czekające tylko na ten czas, któego nie ma. Z salonu dobiega mnie podejrzana cisza, już mam rzucić wszystko, ale słyszę tupanie Tośki i radosny śmiech Franki, okej bawią się, mam nadzieję, że jej nie zarazi.

Idę siku, spoglądam na pralkę, otwieram ją, składam ścierki ukłądając je na kolanach. Myję ręcę, zapieram pieluszkę, którą z jakiegoś powodu porzuciłam w umywalce, myję ręce jeszcze raz, zanoszę ścierki do kuchni.

Piszę smsa do męża – cebula, banany, mleko, ser… – ilekroć wchodzę w wiadomości zawsze przypomina mi się ten mem pokazujący roznicę smsów przed i po ślubie. – Cóż, szczerze mówiąc i tak wolę tę opcję z listą zakupów, bo mam go przynajmniej na co dzień w domu, nie musimy już prawie w ogóle kontaktować się telefonicznie, bo jesteśmy ze sobą przez większość czasu, fajne to dorosłe życie, gdyby tylko nie trzeba było płacić rachunków. – Z rozmyślań wyrywa mnie buczenie. Dopisuję w smsie: arbuz dla Tosi, bo mówi, że od niego zdrowieje i mentosy sobie panna życzy jeszcze, czosnek, mąka do pierogów. – Tyle mięsa mam w zupie, przecież nie wyrzucę, a gotowanego nie lubię. Pierogi zrobię, albo kulki do rosołu, o! Kulki to dobry pomysł, to niech w sumie tej mąki nie bierze, albo dobra niech bierze, przyda się, nad morze weźmiemy, będę pierogi z jagodami robić. I znowu sama jeść… Chociaż mam Franię, dziecko, co wciągnie wszystko poza marchewką, w niej nadzieja, że podzieli kulinarne smaki matki – zdaję sobie sprawę, że cały czas  rozmawiam sama ze sobą i idę do salonu.

Pierogi z jagodami

Dlaczego ta zgaga nie śpi? Jęczy, marudzi, jest ewidentnie zmęczona, a znowu nie chce spać! Boję się, żeby nie złapała niczego od starszej. Karmię młodszą, starsza znowu skacze po kanapie. Wpadam na genialny pomysł – Tosiu, a może chcesz umyć okna? – pytam – Taaak – krzyczy w odpowiedzi. Odkładam na chwilę Frankę, do psikacza nalewam ciepłej wody i wręczam jej zdając sobie sprawę, że wszystkie okna będą wyglądać jeszcze gorzej. Wracam do karmienia Frani, zerkam na telefon, scrolluję IG, gdzieś w tle leci program przyrodniczy, który włączyłam, bo miałam już dość błagań o bajki i więcej bajek – mamo przecież jestem chola, włącz mi no ploszę – nasza wina, w chorobie pozwalamy na zbyt wiele telewizji. Franczeska znowu jęczy – może jednak coś ją bierze? – zastanawiam się.

Kupa i wszystko jasne! – mówię otwierając pieluszkę. Zastanawiam się dlaczego upieram się na te wielorazówki. Zapieram pieluchę, wrzucam do miski, bo nie zdążyłam kupić jeszcze niczego zamykanego, wracam do salonu i proszę Tosię, żeby zabawiła chwilę Frankę. Idę po zupę. Nalewam sobie miseczkę i wlewam do drugiej, mniejszej odrobinę dla Tośki, zastanawiam się czy zje.

Wracam do salonu, karmię Tosię, co z tego, że za chwilę cztery lata. Odkąd pojawiła się młodsza siostra ona musi być karmiona, siku też już nie potrafi sama zrobić. Ciekawe… Jako dwulatka bez problemu radziła sobie z obsługą toalety. Kończę karmić Tośkę, prosi o dokładkę, mówiąc – mamo pyszna ta zupka – moje matczyne serce się raduje. Nie muszę chyba wspominać, że unoszę się właśnie kilka centymetrów ponad ziemią, prawda? Podnoszę Franię, której znudziły się podłogowe zabawki – Gdzie ty tak pędzisz dziecko, dlaczego zaczęłaś już pełzać? Gdzie mój maleńki okruszek? – krzyczę w myślach.

Kładę się z nią na kanapie, karmię, zasypia, jest 17:40… Leżę obok, zamykam na chwilę oczy, patrzę na śpiącą Frankę i skaczącą po kanapie Tosię – nie mam siły ruszyć palcem, w domu pierdolnik, ale nie zmieniłabym tego na nic innego! – myślę i szeroko się uśmiecham – kocham cię szogunie – mówię do Tosi patrząc jej w oczy. Po piętnastu minutach budzi się Franka, nie próbowałam jej nawet przenosić, obudziłaby się od razu. Kładę ją na matę i idę do kuchni, ilekroć przekraczam jej próg przeraża mnie bałagan, który zrobiłam w niej od rana, ale nie ma opcji, nie z nimi dwiema, posprzątam później. W zasadzie nie wiem po co przyszłam, chyba po tę kawę, robię sobie kolejną kanapkę z dżemem, pociągam łyk kawy i wracam do salonu. Czytam Tosi bajkę, Franka słucha z zainteresowaniem, a ja chłonę całą sobą chwilę tego spokoju.

Dzwoni telefon, to ważna rozmowa, próbuję rozmawiać, ale w akompaniamencie śpiewów i jęków przekładamy ją na inny dzień, praca nie ucieknie. Wołam Tosię, idziemy się myć. Przewijak leży jak leżał, nie muszę go przynajmiej zrzucać na ziemię. Kładę Frankę, rozbieram, zostawiam na chwilę i lecę na dół po jednorazówkę, bo nie kupiłam pieluszki, która wytrzymałaby całą noc. Podobno formowanki się sprawdzają, tak mówiła znajoma. Nie będę ryzykować pobudki, przecieków i rozbudzenia dziecka, zakładam jednorazówkę. Myję Franię, wołam Tosię. Jeżu Franka znowu opiła się wody. – Ja nie wiem, co jest takiego smacznego w wodzie z wanny, żeby ją pić, co Franczeska? – pytam i robię głupie miny, żeby sprowokować uśmieszek. Wyjmuję ją z wanienki – jak ja cię kocham, zjem cię kiedyś – szepczę France do ucha niosąc ją zawiniętą w ręcznik na łóżko.

Kładziemy się, karmię, Franka już prawie zasypia, kiedy wpada Tosia z radością oznajmiając, że przyniosła mi jedzenie, które ugotowała w kuchni. Nie mogę się na nią złościć, w głębi serca przecież wiem, że nie zrobiła tego spejalnie, wiem, powtarzam sobie, że nadal jest moją małą córeczką, moim małym glutkiem. Uśmiechając się proszę o herbatkę.

Rozbudza Frankę, która w nosie ma moje próby przystawienia. Zaczynam warczeć, kończy mi się cierpliwość. Wdech, wydech, wdech. Udaje mi się opanować, bawimy się chwilę, udaję że zjadam wszystko, co przygotowała. Raz, drugi, piąty. Mam dość, naprawdę mam już dość, wyduszam z siebie ostatni uśmiech i umawiam się z Tosią, że teraz będzie cicho. Zgadza się i zaczyna bawić się w ciszy, Frania zasypia.

Tosiula, lecę na dół, chodź do mnie jak skończysz to się pobawimy – mówię. Schodzę na dół, wstawiam pranie, Tosia nadal nie schodzi, więc zabieram się za ogarnięcie kuchni. Wchodzę do salonu i widzę, że nasza kamerka się przekręciła – oho, chyba ktoś nas podgląda – myślę sobie. Kiedy kończę kuchnię wchodzi Tosia, robię jej koktajl bananowy i idziemy zagrać w Grzybobranie, w końcu mamy chwilę dla siebie, wiem że brakuje jej tego tak samo jak mi. Wraca mąż, ale obie dziewczyny już śpią. Nie lubię jak wraca z pracy tak późno.

Halo, halo! Wchodzisz na dłużej? – krzyczę widząc jak kieruje swoje kroki do łazienki – Czekaj, wrzucę suszarkę – mówię, bo jakiś czas temu piszczała pralka. Siedzę w łazience, segreguję co do suszenia, co nie i zastanawiam się dlaczego nadal nie wrzuciłam tego wpisu o pralko – suszarce na bloga. Nie było czasu, znowu nie było czasu na bloga, kolejny dzień przeleciał mi przez palce – ZNOWU NIC NIE ZROBIŁAM! – wyrzucam sobie w myślach. Włączam suszarkę, chcę rozwiesić pieluchy na krzesłach, do jutra wyschną. Znowu  znajduję na krześle skarpetki zwinięte w kulki – bożeee czy ja nigdy nie nauczę go żeby wrzucał skarpetki do kosza?! – myślę, ale głośno wypowiadam tylko jego imię, słysząc je już z oddali krzyczy – zostaw moje skarpetki, tam jest ich miejsce! – Śmieję się i zrzucam wszystko na krzesło, a pieluszki rozwieszam na oparciu.

Siadam do komputera, jednak wstaję, idę do kuchni, jest 23:24 zaglądam pod pokrywkę i zastanawiam się na ch… na cholerę mi tyle rosołu? Zapasteryzuję i zabiorę nad morze, tak to dobry pomysł, tym wyjazdem mogę dobrze wytłumaczyć moje hurtowe gotowanie.

Siadam ponownie i kończę post, patrzę na zegarek – dochodzi 2:00. Jutro przeczytam go ponownie i naniosę poprawki, pewnie i tak zostanie mnóstwo błędów – przydałby mi się ktoś, kto to wszystko zczyta i naniesie poprawki przed publlikacją – rozmyślam. Zamykam laptopa, wędruję na górę, myję się, ubieram w piżamę. Przesuwam Tosię, bo zajmuje całe łóżko, daje jej buziaka, nachylam się i całuję Frankę. Ustawiam budziki na 7:45, 8:15, 8:33, 8:55, 9:10 – jutro wstanę wcześniej – obiecuję sobie i wskakuję pod kołdrę. Gonitwa myśli nie daje mi zasnąć – znowu nic nie zrobiłam – wciąż kołacze mi w głowie. Sprowadzam się do pionu, zaczynam analizować ile ważnych rzeczy dzisiaj się wydarzyło, ile tak naprawdę zrobiłam. Przecież tego jest mnóstwo! Spędziłam cały dzień z dziewczynkami, byłam z nimi, w większości byłam dla nich, no i kilka domowych obowiązków też udało mi się odhaczyć. Wyciszam się – jutro opublikuję dziewczynom post, albo za tydzień, jak te choroby nas nie opuszczą – myślę. Słyszę jeszcze jak mąż kończy sprzątać w kuchni i rozpakowywać zakupy – ciekawe czy jest bliżej drugiej czy trzeciej – myślę i zasypiam.

A Ty, też dzisiaj “nic nie zrobiłaś?”

Spodobał się wpis – śmiało, udostępnijcie go! Wpadajcie też na INSTAGRAM (klik) – jest tam nas zdecydowanie najwięcej, szczególnie na InstaStory. Zapraszam również do nowopowstałej grupy dla mam i przyszłych mam.
⬇⬇⬇

Podobne wpisy - zapraszam do czytania

  • emanuaplaus

    Taaak dokładnie. Co dzień w priorytetach mam: zrobić kupę, pić wodę, zjeść. Reszta to ekskluziv 🙂

  • Aleksandra Załęska

    Takie to już nasze matkowe życie, niby cały dzień w domu, niby nic nie robimy, a czas przecieka przez palce, a my takie zmęczone, jakbyśmy tonę węgla przerzuciły

  • Sylwia

    Ja myślę zawsze jak by to było mieć dwójkę. Dzięki tobie wiem. Choć mój mąż znając życie nie robił by tyle co twój. Haha nie licząc tych skarpetek u mnie leżą wszędzie a jak proszę żeby posprzatal to woła wyrzuć kupię najwyżej kolejne ehh. Na szczęście synek coś pomaga ale niekiedy kończy to się pogorszeniem bałaganu który szkoda że nie sprząta się sam.

  • Iwona

    To nie jest dobry wpis na bloga. A już na pewno nie na Instagram. Psujesz sztuczne i wydymane obrazy fit matek co robią kanapki z nutellą z awokado i bio kakao a przed południem popijają z dziećmi koktajl z jarmużu 😂
    To normalny dzień z dwójką w domu
    Ja dziś też nic nie zrobiłam a te 5litrów galaretki z papierówek to tak mimochodem zrobiłam 😉

  • Mari i

    A ja myślę, że trochę oszukałaś. Tych wdechów i wydechów było na pewno zdecydowanie więcej 😀 ja miałam ogarniać nasz salon, ale rzuciłam do w cholerę, zabrałam chłopaków do ogrodu, właśnie się taplają w basenie, a ja ogarniam laptopa 🙂

O mnie

Cześć! Jestem Asia i bardzo cieszę się, że tu trafiłaś. Jestem mamą dwóch córek - starszej Antoniny i młodszej Franciszki. Ukończyłam kurs Promotora Karmienia Piersią, a od 2016 roku współpracuję z grupą Bezpieczni zajmującą się bezpieczeństwem w podróży. Jestem założycielką pierwszej w Polsce grupy poświęconej fotelikom montowanym tyłem (RWF), do której Cię serdecznie zapraszam. Wychowuję w bliskości, cenię rozmowę i szczerość, uwielbiam fotografię i dobre jedzenie. Chcesz wiedzieć więcej? Rozgość się i zostań na dłużej! :)

Odwiedź nas na Instagramie

Close