ScrollToTop

Ciąża

To był piękny poród! – historia mojego VBAC czyli naturalnego porodu po cesarskim cięciu.

  • Joanna Janaszek
  • 12 072
  • 8 komentarzy

Każda historia jest inna i wyjątkowa, każda niezależnie od finału kończy się wydaniem na świat nowego życia. Dzisiaj opowiem Wam moją, która mam nadzieję doda otuchy i wiary w to, że można odczarować poród. Pomimo koszmarnych wspomnień z pierwszego porodu, który po ponad 11 godzinach, w tym 1,5 godziny skurczy partych został ostatecznie zakończony cesarskim cięciem, zdecydowałam się ponownie rodzić naturalnie. Ja nie jechałam do szpitala podjąć próby porodu naturalnego, ja pojechałam urodzić naturalnie i udało mi się to.

Minęły już niemal cztery tygodnie od tamtego dnia, a ja wciąż przeżywam, wciąż naładowana jestem pozytywną energią, wciąż buzują we mnie emocje. Dostałam od Was tyle gratulacji, że do tej pory nie dałam rady odpisać każdej z Was osobno, dlatego jeszcze raz tutaj chciałam Wam wszystkim ogromnie podziękować! Dostałam i wciąż dostaję też mnóstwo wiadomości, że oglądając moje stories widzicie bijącą ode mnie radość i szczęście, że cała wręcz promienieje. Dokładnie tak jest – od pierwszych chwil po porodzie czuję się FANTASTYCZNIE! Pierwsze emocje, które były najsilniejsze opadły po kilku dniach, po powrocie do domu przyszło zmęczenie i czas na przyzwyczajenie się do nowej sytuacji, na przyjęcie roli podwójnej mamy, na odespanie. A dzisiaj przyszedł czas na podzielenie się z Wami moją historią.

Chciałabym na początku wyjaśnić zdanie, które padło w pierwszym akapicie.

„Ja nie jechałam do szpitala podjąć próby porodu naturalnego, ja pojechałam urodzić naturalnie i udało mi się to.”.

Uważam, że nastawienie, pozytywne myślenie, determinacja i chęć urodzenia naturalnie mają naprawdę ogromne znaczenie w udanym porodzie i niejednokrotnie będę o tym wspominać. Każdemu, z kim rozmawiałam na temat porodu mówiłam właśnie, że ja nie idę próbować, ja idę rodzić. Oczywiście miałam w głowie i w planie porodu scenariusz alternatywny, bo poród jest rzeczą nieprzewidywalną, a sytuacja może zmienić się w każdej chwili i cesarskie cięcie będzie po prostu konieczne. Zdawałam sobie z tego sprawę i na takie zakończenie również byłam gotowa, jednak wyobrażając sobie poród, wizualizując go skupiałam się na tym czego pragnę, a nie na wersji alternatywnej. A ja z całych sił pragnęłam urodzić naturalnie. Kobieta pragnąca urodzić naturalnie po cesarce musi być na to zdecydowana i wiedzieć czego chce. Tak samo jak kobieta pragnąca urodzić w domu – tutaj nie ma miejsca na obawy czy wahanie, tego po prostu trzeba chcieć. A żeby chcieć warto być świadomym swojego ciała i możliwości jakie ono daje. A kobiece ciało ma naprawdę potężną moc i siłę.

Wiecie jak z perspektywy tych kilku lat wspominam poród Antoniny?

Niewyobrażalny ból, utrata kontroli na ciałem i umysłem, krzyk, strach, jeszcze większy ból, cięcie, a później ta koszmarna sala pooperacyjna na Prostej i brak kontaktu z dzieckiem oraz początkowe trudności z karmieniem piersią. To nie są fajne wspomnienia, dobre momenty zaczynają się dopiero później. Chociaż na początku nie było fajerwerków, był Baby Blues to później było już coraz lepiej. Pierwszym momentem odczarowującym koszmar porodu była nasza wjątkowa kąpiel. Rzecz niby tak błaha, a do dzisiaj uśmiecham się na to wspomnienie. Poźniej dowiedziałam się, że cesarskie cięcie nie wyklucza możliwości porodu drogami natury i zatliła się we mnie iskierka nadziei, że kiedyś będzie im to dane. Moje dwie historie porodu przeczytacie TUTAJ i TUTAJ. Trzy lata temu w jednym z wpisów pisałam:

Cały mój poród był dla mnie traumatycznym przeżyciem, a zwieńczenie go cesarskim cięciem i zabraniem dziecka na kilkanaście godzin było zgniłą wisienką na kiepskim już i tak torcie. Odkąd pierwszy raz przeczytałam o VBAC zatliła się we mnie iskierka nadziei, że można, że się da. Ta mała iskierka teraz płonie, a moje pragnienie o porodzie drogami natury (a najlepiej siłami) jest dla mnie czasem niezrozumiałe. No, bo jak można pragnąć czegoś, co tak bardzo boli? Powiem Wam tylko, że można, wytłumaczyć nie umiem, gdyż sama nadal nie do końca swoje pragnienie rozumiem.

Dobra, nie przedłużam więcej, bo wiem że jesteście ciekawe jak było, a ja mam tendencję do dygresji i przydługich wstępów. Muszę Wam jeszcze tylko powiedzieć kto to jest Kasia. Katarzyna Piwowarska Siudak – położna z pasją, która przez całą ciążę służyła mi wsparciem i pomimo, że pod koniec mojej ciąży sama była już na końcówce mogłam na nią liczyć o każdej porze. Kobieta, której lekarze nie dawali szans na poród naturalny, a jednak urodziła spełniając tym swoje marzenie i dając nadzieję innym kobietom na godny poród – tutaj przeczytacie historię porodu Kasi.

30 grudnia 2017 r. SOBOTA

Spałam długo, wstałam ok. 11:00 i szykując się na spotkanie z dziewczynami stwierdziłam, że chyba w końcu opuścił mi się brzuch, poza tym lekko ciągnęło mnie w plecach – zupełnie jak na początku miesiączki. Ucieszyłam się, że coś zaczyna się dziać i pojechałam na spotkanie. Wczesne popołudnie spędziłam z Antosią i swoimi koleżankami w Innej Bajce – najfajniejszej kieleckiej kawiarni dla rodziców z dziećmi. Później pojechałyśmy do sklepu zrobić rozeznanie wśród pralek i na zakupy do Dronki. Do domu wróciłam padnięta, rozpoczął się 41 tydzień ciąży, a ja zamiast odpoczywać, cały dzień spędziłam na najwyższych obrotach, znowu. W związku z tym, że Tośka bardzo długo spała, o 22:00 robiłyśmy jeszcze zdjęcia. Ale nasz Starszak coś wyczuwał, bo tego wieczoru przy czytaniu bajek i usypianiu koniecznie chciała mieć nas oboje. Tak więc tuż przed północą z mamą u prawego, a tatą u lewego boku odpłynęła do krainy snów, a mnie złapał pierwszy skurcz…

NOC z 30/31 grudnia 2017 r.

Był na tyle bolesny, że musiałam wstać. Za chwilę pojawił się kolejny i kolejny. Włączyłam aplikacje, bo skurcze były częste, okazało się że są w odstępach od 3 do 11 minut. Byłam bardzo spokojna, podsumowałam, że to pewnie przepowiadające i poszłam je rozchodzić. Zeszłam na dół, sprawdziłam czy mam w torbie i plecaku wszystko, co potrzebne i zabrałam się za składanie prania. Jeżeli nas obserwujecie to wiecie, że przed porodem popsuła nam się pralka, więc miałam trzy ikeowskie worki czystego prania przywiezionego od teściowej. W międzyczasie wrzuciłam na instastory zdjęcie z apki liczącej skurcze i napisałam do Kasi, że męczą mnie bolesne, ale dość nieregularne skurcze i że chcę zgłosić nieprzygotowanie do porodu, bo nagle obleciał mnie strach. Przypomniałam sobie ból, który towarzyszył mi podczas porodu z Tosią i poczułam, że wcale nie jestem na to wszystko gotowa, nic a nic.

Za radą Kasi o 1:30 weszłam do wanny i skurcze lekko się wyciszyły, co utwierdziło mnie w przekonaniu, że to tylko przepowiadacze. Wiecie, ja całą ciążę nabijałam się, że #RodzeWsylwestra, bo Antośka odczekała 10 dni po terminie i postanowiła urodzić się w urodziny swojego taty, więc śmiałam się, że Frania wybierze Sylwestra, bo nasze córki nie mogą na urodziny wybrać zwykłego dnia. Tak więc utwierdzona w przekonaniu, że skurcze przepowiadające zaraz miną wyszłam z wanny. Tuż po wyjściu ok. 2:10 skurcze stały się bardzo częste i regularne – teraz były już co 1 – 3 minuty. Zaczynało do mnie docierać, że to się dzieje naprawdę, że zaczynam rodzić! Ale spokój, który był we mnie dziwił nawet mnie samą. Pomiędzy skurczami skakałam sobie do piosenek Łąki Łan, a podczas skurczy opierałam się o parapet, stół, kanapę czy łóżko -– w zależności od pomieszczenia, w którym akurat byłam. Kręciłam biodrami i oddychałam, jęczałam, czasami krzyczałam. Za oknem zaczął padać śnieg, w domu zapaliłam wszystkie świąteczne światełka i choinkę. Tańczyłam, śmiałam się, rozmawiałam z TT. To właśnie ten czas wspominam jako najbardziej niesamowity – rodziłam, a wciąż byłam u siebie w domu. Kiedy skurcze stały się coraz silniejsze, a pod prysznicem zamiast poczuć ulgę wciskałam guzik aplikacji dokładnie co 1 min i 40 s. postanowiliśmy z TT, że zawiezie Starszaka do dziadków, a my pojedziemy do szpitala. Nikt nie biegał, nie spieszył się. Nie było jak w filmach, było spokojnie i radośnie.

O 4:25 zadzwoniłam do Kasi i powiedziałam jej, że planujemy jechać do szpitala. Wysłuchała mnie i powiedziała, że to dobra decyzja i trzyma za nas kciuki. Cały czas byłam w swojej koszuli do porodu od Granatovo, założyłam tylko spodnie i buty, zarzuciłam kurtkę i byłam gotowa do wyjścia. Warunki pogodowe pozwoliły nam osiągnąć maksymalną prędkość 30 km/h pomimo zimowych opon. Oczywiście skurcze, które jeszcze przed chwilą nie dawały mi nawet 2 minut spokoju nagle ustały i znowu stały się nieregularne. Może to i dobrze, bo czynność skurczowa w samochodzie przy zapiętych pasach to niezły koszmar! W zasadzie przez cały poród byłam miła, jedynie przed progiem zwalniającym wysyczałam do TT, że jeżeli odważy się przejechać przez niego w trakcie skurczu to go zabiję. 😛  Tak, zatrzymał się na środku drogi i przeczekał.

Na izbę dotarliśmy około 5:00, papierologia, podczas której marudziłam położnej – no widzi pani, niepotrzebnie przyjechaliśmy, to tylko przepowiadacze, od przyjazdu miałam może jeden skurcz, bez sensu, teraz pewnie będę musiała już zostać. – trajkotałam dopóki nie złapał mnie najbardziej bolesny skurcz ze wszystkich dotychczasowych, za chwilę drugi i kolejny! Na porodówkę weszłam z 4 cm rozwarcia – byłam w szoku, przy czterech centymetrach podczas poprzedniego porodu słaniałam się z bólu i przestawałam kojarzyć, co się wokół mnie dzieje, a teraz stałam sobie bez większych problemów, no może jedynie zdarzyło mi się zakląć na skurczu. KTG, antybiotyk, znowu stosy dokumentów i miliony pytań, pobieranie krwi, bo oczywiście musiałam gdzieś zgubić swoją grupę krwi, a potrzebny jest oryginał… Zostałam położona na lewym boku na sali ogólnej, czułam wtedy ogromną ulgę, bo byłam potwornie zmęczona, a do tej pory każda próba położenia się kończyła się jeszcze boleśniejszymi skurczami. Teraz skurcze były jakby rzadsze i mniej bolesne, nie minęło wiele czasu, kiedy usłyszałam, że mamy 7 cm i poczułam pyknięcie – odeszły wody! Papiery skończone, antybiotyk też, więc przeszłam na salę porodów rodzinnych. Znowu miałam się położyć, ale tak jak pisałam wcześniej – ból był w tej pozycji do zniesienia, a ja byłam potwornie zmęczona, więc cieszyłam się, że nie muszę nadal chodzić, żeby te skurcze rozchodzić. Nawet przez chwilę nie pomyślałam o znieczuleniu, za to przypomniało mi się, że w planie porodu kilkukrotnie zaznaczałam, że chcę mieć wykonaną lewatywę, na którą jak się okazało było za późno. Upss. Mamy 9 cm, 10 cm i parte – ale jak to już?! Ostatnia godzina, bo tyle trwała II faza porodu, była jeszcze spokojniejsza. Trafiłam na świetną położną i chociaż w planie porodu jak byk miałam zapisane „parcie spontaniczne”, tak podczas partych potrzebowałam wsparcia położnej i sama poprosiłam ją o pomoc. Niby kierowane, ale w zgodzie z moim ciałem, miałam przeć jedynie wtedy kiedy czułam potrzebę, a pani Ewa mocno mnie wspierała i dopingowała. Nie sądziłam, że tak bardzo mogą zmobilizować mnie słowa „świetnie ci idzie”, „oby tak dalej”, „pięknie przesz”. Pomiędzy skurczami odpływałam, zamykałam oczy, odpoczywałam i zbierałam siły na kolejne. Rodziłam w ciszy, wyrwał mi się kilkukrotnie krzyk, ale to właśnie cisza mi pomagała.. Pierwsze pojawiły się czarne włoski, co TT do tej pory wspomina ze śmiechem, chociaż nie odważył się zajrzeć, żeby zobaczyć tę czarną czuprynkę. Podczas ostatniego skurczu złapał mnie dodatkowo skurcz łydki i to chyba pozostanie już naszym porodowym hitem – zaczęłam krzyczeć, że mnie noga boli, tak baaardzo boli, że musieli na mnie krzyknąć, żebym skupiła się na parciu. 😛 Ostatnie parcie i o 7:39 dostałam Franię na piersi. Niestety była owinięta pępowiną i nie mogła złapać oddechu, więc szybko mi ją zabrali. Miałam niewielkie nacięcie, na które zgodziłam się w trakcie porodu, więc dopiero po szyciu przeszłam na szpitalne łóżko, a wtedy TT przywiózł Frankę. Tulenie, pierwsze karmienie i kangurowanie. Te pierwsze wspólne chwile, które spędziliśmy we troje, których nie dane było mi przeżyć z Tosią. Byliśmy w szpitalu, ale nic wokół się wtedy nie liczyło. W tle cicho grała muzyka, zjedliśmy po kilka kostek czekolady na wzmocnienie, bo to była jedyna rzecz do jedzenia jaką miałam w plecaku, a byłam głodna jak wilk i po obserwacji zostałam zawieziona na salę.

Godnego porodu można doświadczyć również w szpitalu. Chociaż nie było idealnie, to było jedno z najbardziej niesamowitych przeżyć w moim życiu. Muszę jednak przyznać, że jeżeli kiedykolwiek zdecydowalibyśmy się mieć kolejne dziecko urodziłabym już tylko w domu narodzin albo zdecydowałabym się na poród domowy. Za dużo papierologii, nie ta atmosfera. Urodziłam w poszanowaniu moich praw i mnie samej, było naprawdę miło, ale to te domowe skurcze wspominam najprzyjemniej. I to nie jest nietrafiony dobór słów, ja naprawdę te domowe skurcze wspominam z przyjemnością i uśmiechem. Poza tym ten poród był naprawdę fajny! A ból? Każdej z Was życzę takiego porodu i takiego porodowego bólu. Niestety nie mam żadnego zdjęcia, czego bardzo żałuję, ale byłam zbyt zaaferowana tym, że się udało, a na dodatek poszło tak ekspresowo!

Koszula, w której jestem to sukienka porodowa od Granatovo, w której rodziłam, a teraz używam jej jako koszuli nocnej. Frania również ubrana jest w pajac i czapkę z tej samej firmy (czapeczka na oddziale noworodkowym zrobiła prawdziwą furrorę! Prawie taką sam jak włoski Frani .;))

***
Podobał się wpis? Udostępnij, skomentuj, daj kciuka w górę – jest mi bardzo miło, kiedy widzę, że doceniasz moją pracę. Ponadto klikając like na Facebook’u (TUTAJ) będziesz zawsze na bieżąco, a na INSTAGRAMIE i #instastory (o TUT AJ) podejrzysz, co robimy i gdzie nas nosi. Do zobaczenia! 🙂

Podobne wpisy - zapraszam do czytania

  • Anna Kwiatek-Kucharska

    Piękna historia, gratuluję jeszcze raz serdecznie. Wspaniale, że opisałaś swoje doświadczenie. Ja urodziłam drugie dziecko w domu, bardziej świadomie, masz rację przypływy w domu to zupełnie inna bajka, polecam 🙂

    W ogóle poród daje moc! Musimy to powtarzać aż stanie się prawdą dla każdej kobiety!

    • O tak, poród to siła! Mój mąż na koniec powiedział do mnie: Dziś zrozumiałem, czym jest motywacja. Ty mnie tego nauczyłaś♥️

    • Joanna Janaszek

      Tak, siła, moc – coś niesamowitego. Niestety w naszym społeczeństwie nadal zakorzenione jest, że poród to koszmar, ale to chyba właśnie przez brak świadomości nas samych. Ja za pierwszym razem szłam z nastawieniem “co ma być to będzie”, od początku pełna medykalizacja no i rzeczywiście tamten poród to był koszmar.

  • Gratuluję Ci, Asiu, z całego serca! Za mną też udany VBAC, z września i też potrzebowałam chwili, by opisać swoją historię.

    Z całego serca pragnęłam urodzić naturalnie i choć ciało momentami nie chciało współpracować, to wierzyłam, że się uda. Miałam też cudowną położną, która robiła wszystko, by mi pomóc. W trakcie porodu dwa razy wyznalam jej miłość ☺️

    A czekolada… była pierwszą rzeczą o jaką poprosiłam zaraz po, a w trakcie rodzenia wysłałam męża po colę, choć nie jestem jej fanką 😂 Wszystkiego dobrego dla Was!

    • Joanna Janaszek

      Dziękuję, to jest niesamowite przeżycie 😍

      Ja poszłam do automatu wieczorem, bo nie wytrzymałam tak mi się coli chciało 🙈 A później jeszcze 2 kolejne dni tak wędrowałam 😜

  • Za mną dwa naturalne. Pierwszy drogami natury, a drugi już siłami natury i ten drugi wspominam o wiele lepiej. Btw. tez złapał mnie skurcz łydki i tez przeżywałam go bardziej 🙂

    • Joanna Janaszek

      Czyli nie jestem jedyna! 😀

  • Anna

    Gratuluję Pani udanego porodu 🙂 bardzo się cieszę, że są jeszcze kobiety świadome, że zawsze warto podjąć próbę porodu drogami natury a nie z góry nastawiać się i wręcz żądać od lekarzy wykonania cięcia cesarskiego

O mnie

Cześć! Jestem Asia i bardzo cieszę się, że tu trafiłaś. Jestem mamą dwóch córek - starszej Antoniny i młodszej Franciszki. Ukończyłam kurs Promotora Karmienia Piersią, a od 2016 roku współpracuję z grupą Bezpieczni zajmującą się bezpieczeństwem w podróży. Jestem założycielką pierwszej w Polsce grupy poświęconej fotelikom montowanym tyłem (RWF), do której Cię serdecznie zapraszam. Wychowuję w bliskości, cenię rozmowę i szczerość, uwielbiam fotografię i dobre jedzenie. Chcesz wiedzieć więcej? Rozgość się i zostań na dłużej! :)

Odwiedź nas na Instagramie

Close