ScrollToTop

Karmienie Piersią

Mlekiem z Miłością – historia moich karmień i efekty sesji zdjęciowej

  • Joanna Janaszek
  • 1 833
  • Brak komentarzy

Zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę nigdy nie opowiadałam Wam dokładnie historii mojego karmienia piersią, nastawienia jakie miałam do karmienia naturalnego w ciąży, co działo się porodzie i jak to się stało, że zostałam Promotorką Karmienia Piersią. Przy okazji projektu Mlekiem z Miłością postanowiłam opowiedzieć Wam również historię karmienia Antoniny i pokazać efekty sesji karmiącej z Franciszką w roli głównej.

Na początku chciałabym przypomnieć, że każda z Was może przyłączyć się do projektu. Jeżeli chciałybyście podzielić się swoją historią karmienia opublikujcie zdjęcie jak karmicie swoje dziecko/dzieci piersią lub butelką w swoich mediach społecznościowych oznaczając na nich mnie oraz Monikę, w nawiasach są aktywne linki (IG – @antoonovka @monika.kozera, lub FB @Antoonóvka@Monika Kozera – Fotografia) i dodajcie hashtag #MlekiemZmiłością. W projekcie nie są najważniejsze zdjęcia jakie opublikujecie tylko WASZE HISTORIE! Pokażmy światu, że karmienie piersią to często walka, pokażmy jak ważne jest wsparcie na początku mlecznej drogi i fachowa wiedza!

Zaproście do opowiedzenia swojej historii inne mamy, a jeżeli powadzicie bloga możecie podzielić się swoją historią na blogu dając nam znać jak w przypadku zdjęć. Zróbcie to do końca września 2018 r. W październiku wybiorę historie, które opublikuję na blogu, regularnie będę też dodawać Wasze historie na Instagramie oraz Facebooku. Pokażmy światu, że mlekiem zawsze karmi się z miłością!

Przypominam genezę projektu i trzy pierwsze historie – mamy karmiącej mieszanką, własnym odciągniętym mlekiem i mamy karmiącej piersią:

Mlekiem z Miłością – geneza projektu i historie trzech uczestniczek

Historia karmienia piersią Antoniny

Będąc w ciąży do karmienia naturalnego zupełnie się nie przygtowywałam, w końcu miało być naturalne, prawda? Nie wiedziałam wtedy, że do karmienia piersią warto przygotować się już w ciąży (KLIK), poza tym byłam święcie przekonana, że będę karmić maksymalnie przez “zalecane” sześć miesięcy, a później przejdę na butelkę – przecież dziecko nie będzie mnie ograniczać! To było dla mnie takie oczywiste.

Poród Antosi (KLIK, klik) był bardzo ciężki, zakończył się cięciem, odseparowaniem ode mnie dziecka na jedenaście pierwszych godzin, brakiem kontaktu skóra do skóry tuż po porodzie i oczywiście brakiem pierwszego przystawienia. Tosia bez mojej wiedzy i zgody została nakarmiona mieszanką, a później kontynuowano jej dokarmianie. W szpitalu z różnych względów spędziłam osiem dni, po przejściu z sali operacyjnej do sali poporodowej (zanim znalazłam się na sali jednoosobowej, byłam w pięcio, a później w sali czteroosobowej) starałam się z całych sił karmić ją wyłacznie pierią, ale Ona tak strasznie krzyczała. Na zmianę więc przystawiałam ją, nosiłam, przystawiałam, nosiłam, aż w nocy jedna z matek wysyczała “pójdzie pani po to mleko czy będzie się tak darła do rana?”. No i poszłam, ze łzami w oczach poszłam poprosić o buteleczkę, które na oddziale rozdawane były niczym świeże bułeczki o poranku. Kiedy poprosiłam o pomoc w nakarmieniu, bo bałam się wtedy karmić butelką położna z wielką obrazą poszła ze mną do sali fukając, że dziecka nawet nie umiem nakarmić. Nie zaproponowała wsparcia w karmieniu naturalnym, chociaż na każdym kroku podkreślałam, że chcę karmić piersią. Podała butelkę, oddała mi śpiącą Tośkę i poszła, a ja zostałam. Zostałam sama ze spokojnym, nakarmionym dzieckiem, koleżanką z sali z miną pt.: “a nie mówiłam, głodna była” i koktajlem emocji – mieszaniną strachu, rozżalenia, poczucia tego, że zawodzę jako matka, bo nie dość, że nie mogę wykarmić własnego dziecka to na dodatek nie umiem nakarmić Jej butelką. I ten ból po cesarce, który był nie do zniesienia, do którego kilka dni później doszły bóle głowy jakich nigdy nie miałam (prawodpoodbnie powikłanie po znieczuleniu).

To chyba wtedy obudziła się we mnie moja upartość – JA NIE DAM RADY?! Zawzięłam się, nosiłam, tuliłam, przystawiałam i zaczęłam szukać pomocy w internecie, bo na oddziale niestety nie mogłam na nią liczyć. Któregoś dnia złapałam neonatologa, kóry był podczas porodu i zapytałam, kiedy mogę spotkać się z doradcą laktacyjnym. Wybałuszył oczy, powiedział, że nikogo takiego w szpitalu nie ma, i że położne pomogą, po czym dosłownie uciekł (przez niego tyle czasu byłyśmy na oddziale, a dokładniej przez jego słowa tuż po porodzie, ale tego tematu nie chcę poruszać). W szpitalu dałam jej chyba jeszcze raz czy dwa razy trochę sztucznego mleka, szybko znalazłam się na sali jednoosobowej, więc mogłam już spokojnie nocami wędrować, zmieniać pieluszki i przystawiać, przystawiać, przystawiać.

W domu było lepiej, Tosia od początku nie była spokojnym dzieckiem, ale przybierała na wadze, chociaż miałyśmy problem z przystawianiem – ona mnie gryzła, a ja kopałam w stolik, syczałam i zagryzałam zęby. Moje sutki były poranione, próbowałam stosować kapturki, ale nie zdały egzaminu. Wietrzyłam, smarowałam, ale między drugim a trzecim tygodniem zaczęło pojawiać mi się coś na lewej piersi. Pojechałam do położnej środowiskowej, która zbyła mnie, że tak przy karmieniu bywa, wiedziałam że coś jest nie tak, więc pojechałam szukać pomocy do szpitala, w którym rodziłam. Tam moje piersi łaskawie obejrzała lekarka, która była przemiła, dopóki chodziłam do niej prywatnie, w szpitalu kompletnie mnie olała. Czułam się totalnie bezradna i zagubiona, z bolącą i swędzącą piersią, pogryzionymi sutkami, a na dodatek nigdzie nie mogłam znaleźć pomocy, nie wiedziałam nawet gdzie jej szukać. W domu dalej karmiłam Tośkę, ale każde karmienie to był koszmar. Minęły równe trzy tygodnie od porodu, a ja obudziłam się z niewyobrażalnym bólem piersi i gorączką powyżej 39 stopni – miałam rację, działo się coś złego, czego zwieńczeniem było zapalenie piersi. Odciągałam mleko wyjąc z bólu laktatorem ręcznym i spałam na zmianę – a Tosią zajmował się tata i dziadkowie. Przeszło, minęło, sutki się trochę zagoiły, a ja odżyłam. Wtedy byłam już tak zdeterminowana, tak się zawzięłam, tak naczytałam, że nie wyobrażałam sobie się poddać. I udało się, wciąż karmiłyśmy się wyłącznie piersią, chociaż w domu stała puszka mleka “na wszelki wypadek”. Któregoś dnia, podczas kolejnego krzyku Tosi i walki przy piersi otworzyłam ją i spróbowałam podać, ale Tosia odmówiła.

Karmiłyśmy się piersią, Tośka przybierała na wadze, niestety niewystarczająco wg lekarzy z przyszpitalnej poradni neonatologicznej i pediatrów w naszej przychodni – na każdej wizycie słyszałam, że za mało przybiera, musi pani zacząć dokarmiać (KLIK). Oni swoje, ja swoje, ale niepewność była i było jej coraz więcej, w końcu to lekarze, przecież musi coś w tym być skoro wszyscy jak jeden mąż każą mi dokarmiać dziecko. Może Ona rzeczywiście jest głodna, a ja niepotrzebnie się tak upieram. Znalazłam kontak do jedynej wtedy w Kielcach doradczyni laktacyjnej, umówiłam się na wizytę. Wyszłam stamtąd zawiedziona, dzisiaj wiem, że nie tak powinna wyglądać porada laktacyjna… Pani doktor obejrzała dziecko, zapytała o wagę urodzeniową, zważyła, obliczyła przyrosty, stwierdziła, że na razie w normie, a jakby przybierała mniej to trzeba będzie wprowadzić mieszankę XXX. Nawet nie sprawdziła techniki ssania, przystawiania, nie zajrzała dziecku do dzioba, żeby sprawdzić wędzidełko. Międzynrodowy konsultant laktacyjny, Certyfikowany Doradca Laktacyjny, Pediatra. Nie, nie złożyłam skargi – nie wiedziałam.

Byłam uparta, zawzięta i totalnie nieprzygotowana do karmienia. Moje determinacja i wsparcie bliskich pozwoliło mi wygrać walkę o karmienie naturalne, która od początku była skazana na porażkę. Widząc ile błędów popełniłam wtedy do tej pory nie wiem jakim cudem udało nam się wyjść na prostą. Karmiłam Tosię dokłądnie 2 lata i 3 dni, odstawienie od piersi to była moja decyzja, ale zrobiłam to łagodnie, cały etap trwał kilka miesięcy.

Wiecie, ten post, przypomnienie sobie tego wszystkiego kosztowało mnie ogrom emocji. Mój pierwszy poród, pobyt w szpitalu… Zero poszanowania godności, na samo wspomnienie ściska mnie w żołądku i ciężko mi uwierzyć, że działo się to zaledwie cztery lata temu! Kilkukrotnie poleciała mi łza, nie ze względu na karmienie i brak wsparcia, nie ze względu na cięcie, którego tak bardzo nie chciałam – przez to, że czułam się tam jak śmieć, jak ktoś kto tylko przeszkadza, bo to przecież normalne, że boli, każdą boli. Ktoś kto nie umie karmić ani nakarmić, ktoś kogo całkowicie obdarto z godności.

Za to poród Franciszki był wspaniały i świadomy, odczarował cały koszmar poprzednich wydarzeń!

To był piękny poród! – historia mojego VBAC czyli naturalnego porodu po cesarskim cięciu.

Historia karmienia piersią Franciszki

Myślicie, że po przejściach z Antosią, jako promotorka karmienia piersią i matka długo karmiąca nie stresowałam się i byłam pewna siebie? Noo trochę tak, ale tym razem od początku byłam z dzieckiem, tuliłam ją i karmiłam wyłacznie piersią. Pojawił się ból, ale naturalny, związany z przyzwyczajaniem się piersi (ból podczas karmienia piersią – KLIK), czułam się zaopiekowana, położne przychodziły i pytały czy potrzeba wsparcia w karmieniu piersią. Pomimo wiedzy teoretycznej poprosiłam o sprawdzenie i ewentualnie skorygowanie przystawienia i techniki ssania – wszystko było w porządku. I tak karmimy się od Sylwestra 2017 roku i karmić będziemy tym razem prawdopodobnie do samoodstawienia. 🙂

Zdjęcia Monika Kozera Fotografia (KLIK)
Projekt Mlekiem z Miłością (KLIK)

Jeszcze raz serdecznie zapraszam Was do przyłączenia się do projektu! Zdjęcie + Wasza historia + oznaczenie nas, żebyśmy każdą historię mogły odnaleźć, przeczytać, udostępnić… 🙂

***
Dołącz do nas na Facebook’u (klik) i Instagramie (klik)

Podobne wpisy - zapraszam do czytania

O mnie

Cześć! Jestem Asia i bardzo cieszę się, że tu trafiłaś. Jestem mamą dwóch córek - starszej Antoniny i młodszej Franciszki. Ukończyłam kurs Promotora Karmienia Piersią, a od 2016 roku współpracuję z grupą Bezpieczni zajmującą się bezpieczeństwem w podróży. Jestem założycielką pierwszej w Polsce grupy poświęconej fotelikom montowanym tyłem (RWF), do której Cię serdecznie zapraszam. Wychowuję w bliskości, cenię rozmowę i szczerość, uwielbiam fotografię i dobre jedzenie. Chcesz wiedzieć więcej? Rozgość się i zostań na dłużej! :)

Odwiedź nas na Instagramie

Close